Historia Elizy – część pierwsza

Kiedyś, dawno temu zanim jeszcze prowadziłem ten blog miałem pomysły na napisanie opowiadania. Nawet kilka absolutnych bzdur zostało opublikowanych na mojej pierwszej stronie, a może i na tej? Tak czy inaczej było to wiele.lat wcześniej zanim zdobyłem pewną wiedzę i odkryłem liczne źródła na temat migracji i realnej pracy pomocy domowej we Włoszech czy też w Hiszpanii. Nie uważam, się oczywiście za eksperta w tym zakresie. Inspirujące dla mnie są też wpisy z bloga lady2maid, który odwiedzam co kilka dni. Bardziej chodzi o sposób pisania, długie rozwlekłe historie, a nie o podrabianie treści. Nie chciałbym jednak pisać o degradacji albo zamianie ról, która jest seksualną fantazją (a wiele opowiadań o domowych pokojówkach się do tego sprowadza).

W historii Elizy opowiedzieć chcę historię dziewczyny z prowincji, która wyjeżdża do pracy w charakterze pomocy domowej za granicę, osoby o nowoczesnych poglądach która spotyka się z czymś co uważała za pozostałości tradycyjnego świata lub wytwór telenowelowej fikcji. A następnie poddać obserwację tego co będzie dla niej większym upokorzeniem: nowe zasady z którymi się nie zgadza, jej miejsce w szeregu nie takie jak myślała, a może sama praca i metody jej wykonywania?

Zapraszam lektury pierwszego odcinka!

Po kolejnym dniu pracy Eliza nie mogła zasnąć. Była tak zmęczona, że wpatrywała się w puste ściany swojego małego pokoju, do którego dobiegały jedynie dźwięki klimatyzatora zamontowanego na zewnętrznej ścianie budynku. Gdy w końcu zapadła w sen, wróciła w nim do początków swojego pobytu w Barcelonie.

Od zawsze chciała podróżować, a raczej przenieść się w zupełne inne miejsce. Chciała uwolnić się od monotonii małomiasteczkowego życia, przestać obserwować świat przez dziurkę od klucza, którą był zawsze włączony telewizor. Fascynowały ją telenowele. Przepych ogromnych rezydencji i sterylność apartamentów w najlepszych dzielnicach miasta. Marzyła aby zamieszkać w nich choćby na jeden dzień.

Podróż do Ameryki Południowej byłaby wydatkiem na który nigdy by nie było stać studentki drugiego roku beznadziejnego kierunku studiów (po którym obiecywała sobie międzynarodową karierę), dobrze, że udało się jej zdobyć pracę telefonistki której okropnie nienawidziła. Gdy w końcu przekonała rodziców, że chce wyemigrować, pozwolili jej szukać w internecie ofert pracy. Znając z seriali podstawy języka zdecydowała się na Hiszpanię. Przekonana, że najlepiej połączyć pracę ze zwiedzaniem wybrała Barcelonę. Wyobrażała siebie jak w czasie sjesty, nie zważając na pogodę, biegnie obserwować budowę Sagrada Familia, albo wyleguje się w parku Parc Güell.

Któregoś dnia, zniechęcona czytaniem ogłoszeń wymagających doświadczenia jak i bardzo dobrej znajomości języka hiszpańskiego (a najlepiej także katalońskiego), znalazła anons małżeństwa, które poszukuję osoby do prowadzenia domu. Co w tym może być trudnego? Zetrzeć kurze z kilku mebli i pozmywać po obiedzie każdy potrafi. Do tego oferowali własny pokój i wyżywienie. Wspaniale! Po porannych obowiązkach Eliza będzie mogła usiąść na balkonie i popatrzeć na piękną plażę. Do jej obowiązków należeć będzie także opieka nad dwójką dzieci (9 i 12 lat), to też nic trudnego, przecież rano wychodzą do szkoły, a potem odrabiają lekcje.

Nie czytając ogłoszenia do końca, nie tłumacząc sobie wszystkich słów, napisała e-maila z odpowiedzią. Po angielsku, bo pracodawcy posługują się też tym językiem. Dołączyła swoje zdjęcie, zrobione przed maturą, z długimi kręconymi włosami. I zamarła. Co jeśli się zgodzą? Co powie rodzicom, którzy przekonani są, że ich córka ma dwie lewe ręce i jedyne co potrafi to gapić się w kolejny głupi serial?

Minęły dwa dni bez odpowiedzi. Eliza sprawdziła zawartość skrzynki upewniając się czy wiadomość została wysłana do adresata. Może jednak nie posługują się językiem angielskim? Może już kogoś znaleźli i ogłoszenie było nieaktualne? Szukała dalej. Pracownik biura nieruchomości? Nie, to nie dla mnie. Restauracja? Będzie wiecznie zajęta bez chwili odpoczynku. Klub nocny? W życiu! Sklep obuwniczy? Zero ambicji. Zaraz, zaraz – pomyślała. a pomaganie w domu? To też nie jest zbyt ambitna praca. Ukarała w myślach samą siebie i dalej cierpliwie przeglądała anonse.

Trzeciego dnia, wieczorem, kiedy już miała wyłączyć swój laptop, jeszcze raz odruchowo sprawdziła zawartość skrzynki e-mailowej. Jest odpowiedź. Niemożliwe. Napisany zarówno po katalońsku (przewinęła) jak i po angielsku e-mail zawierał bilet lotniczy na 12 czerwca (to za tydzień!) i coś co wyglądało na umowę. To się nie dzieje. Wydrukowała wszystkie dołączone dokumenty i z drżącym sercem poszła spać.

Następnego dnia, w sobotę, oświadczyła rodzicom, że wyjeżdża. Nie potraktowali jej poważnie dopóki nie pokazała biletu. No dobrze, a co będziesz tam robić, w tej Barcelonie? Zastanowiła się czy powiedzieć im prawdę. Może nakłamie, że będzie pracować w sklepie z pamiątkami, a popołudniami nalewać piwo w barze? Nie uwierzyliby. Powiedziała tylko, że zostanie opiekunką dziecięcą u bogatych ludzi. Życzyli powodzenia z bachorami. Czasem nienawidziła ich za to.

Aby dojechać na lotniska musiała wsiąść w autobus dowożący dzieci do szkoły. Ja i dzieciaki? Krzykliwe, roszczeniowe bestie. Dobrze, że zaraz wysiadają. Zapomniała zupełnie, że niańczenie ma być tylko jednym z jej obowiązków. Spokojnie, da radę. Wiadomość z odpowiedzią zalecała, aby nie zabierać ze sobą zbyt dużej ilości ubrań. Oczywiście nie posłuchała i teraz stała z wypchaną do granic możliwości walizką z letnimi ciuchami. Z autobusu przesiadła się na taksówkę i pół godziny później była już na lotnisku. Miała jeszcze ostatnią możliwość aby się wycofać. Zrobiła krok do przodu i weszła na terminal odlotów.

Odebrała bagaż na El Prat de Llobregat i udała się do wyjścia. Miała się udać sama na umówiony przystanek Via Augusta-Modolell, z którego miano ją odebrać. To był jej pierwszy test z topografii miasta. Przemieszczają się szybko komunikacją miejską, najpierw metrem, potem autobusem, oddalała się od sławnych zabytków miasta Barcelona pnąc się cały czas pod górę.

Gdy wysiadła na przystanku była godzina 17:00. Ulice zapełnione były ludźmi a temperatura była przyjemna, w sam raz na pieszą wycieczkę. Po chwili podszedł do niej mężczyzna w wieku jej ojca, przedstawił się jako Antonio (oh, imię jak z telenoweli!) i zaprowadził ją do jednej z kamienic na rogu Carrer de la Reina Victòria, gdzie miała zacząć swoją pracę.